poniedziałek, 27 września 2010

Historia o łani i błocie

Zwierz w Puszczy Niepołomickiej wycwanił się ostatnio okrutnie i ani podejść się nie pozwala, ani z lasu wyleźć nie chce:( Na domiar złego z czasem wolnym też u mnie krucho, więc efekt jest taki, że od dobrego miesiąca - mimo usilnych starań - nie udało mi się zrobić żadnego zdjęcia.

W związku ze zbliżającym się rykowiskiem szczególnie liczyłem ostatnimi czasy na spotkanie z jeleniami, ale nic z tego nie wyszło. Kilka razy miałem co prawda szansę obserwować z daleka pojedyncze rogacze, jednak żaden jakoś nie chciał zbliżyć się na odległość „strzału” z aparatu. Mimo to nie poddawałem się i próbowałem dalej. Mój upór przyniósł wreszcie pewne, niekoniecznie zamierzone, efekty.

Bladym świtem zajechałem do Puszczy Niepołomickiej z ambitnym zamiarem dorwania jeleni wędrujących z lasu w kierunku Wisły. Po ostatnich deszczach ziemia nad Wisłą straszliwie rozmiękła i pierwotnie nie miałem najmniejszego zamiaru pchać się samochodem aż do samego brzegu, ale mój głos wewnętrzny podpowiadał mi inaczej. – Spróbuj, na pewno się uda – mówił. Posłuchałem go i po ujechaniu kilkudziesięciu metrów mogłem śmiało wracać (pieszo) do najbliższej miejscowości w poszukiwaniu kogoś , kto pomógłby mi wydobyć samochód z błota. Auto utknęło na dobre w gęstej mazi i o zdjęciach mogłem zapomnieć. fotografia przyrodnicza

Był niedzielny poranek, dochodziła szósta rano i nie liczyłem na to, że spotkam się w wiosce ze specjalnie entuzjastycznym powitaniem, ale na szczęście dosyć szybko udało mi się znaleźć życzliwego gospodarza. Wspólnie (przy nieocenionej pomocy traktora) udało nam się w końcu wydobyć samochód na suchy ląd. Na zdjęcia było już jednak trochę za późno, fotografowaniu nie sprzyjało też kiepskie światło, że o przemoczonych, utytłanych po kolana błotem, spodniach już nie wspomnę. Dramat – wszystko nie tak!

Po raz kolejny doszedł jednak do głosu mój ośli upór i stwierdziłem, że skoro już przyjechałem, to warto jednak spróbować szczęścia. Czasu było niewiele więc – wbrew moim wcześniejszym postanowieniom – powędrowałem na najbliższą ambonę. Rozsiadłem się na niej i trochę zrezygnowany popijałem kawę z termosu, gdy nagle na łąki wybiegła samotna łania. Była w dość dużej odległości ode mnie i gnała jak szalona, ale jakimś cudem udało mi się zrobić serię zdjęć. - Gdzie twój gach? – pytałem łanię w myślach, ale gach pojawić się nie chciał. W oddali pojawiła się za to cała chmara innych łań, które - przemierzając knieję w poszukiwaniu seksualnej przygody – postanowiły wspaniałomyślnie wyłonić się na otwartą przestrzeń. Były jednak trochę za daleko, żeby zrobić dobre ujęcie i musiałem dać za wygraną.

Zdjęcie nie jest może rewelacyjne, ale – dzięki przygodzie z samochodem – na pewno zapamiętam je na długo. Po tygodniach zdjęciowej posuchy biorę je też za dobrą monetę i cenną naukę: zawsze warto próbować. Nawet kiedy człowiek zagrzebie się po uszy w błocie.